
Problemy z chłodzeniem nie omijają również polskich elektrowni.
We wtorek 4 sierpnia w jedynej na Węgrzech elektrowni jądrowej Paks pracuje już tylko jeden z czterech reaktorów. Działa na pół dostępnej mocy. Z nominalnych 2000 MW cała elektrownia dostarcza już około 215–240 MW. Premier Peter Magyar zapowiadał całkowite wyłączenie Paks już na weekend, potem na poniedziałek, ale dzięki temu, że Węgrzy w niedzielę zredukowali zużycie o około 700 MW, ostatnią turbinę udało się utrzymać w ruchu dłużej, niż zakładano. Sam premier mówi jednak, że przed krajem „pięć najbardziej krytycznych dni” i że pełne zatrzymanie wciąż jest realnym scenariuszem z godziny na godzinę. Powód jest prozaiczny, Dunaj nie dostarcza obecnie wystarczająco dużo wody do chłodzenia reaktorów.
Przeczytaj też: Upały wystawiają system na próbę. PSE wzywają rezerwy
Paks odpowiada za blisko połowę produkcji prądu na Węgrzech. Magyar zapewnia, że dzięki importowi nawet pełne wyłączenie elektrowni nie powinno poskutkować przerwami w dostawach. Wprowadzane są jednak środki zaradcze: administracja w trzy pierwsze dni tygodnia pracuje zdalnie, wstrzymano transport kolejowy towarów w szczytowych godzinach 17–22, gaszone są iluminacje na budynkach. Dodatkowo ze względu na suszę wprowadzono zakaz podlewania boisk oraz napełniania basenów.
W Baja na południu Węgier stan wody w Dunaju spadł do historycznie niskiego poziomu 25 centymetrów. W okolicznych odnogach rzeki Sugovicy głębokość wody sięgała w najgorsze dni 14 centymetrów. Jak podały lokalne władze, w ciągu ostatnich 125 lat poziom Dunaju spadał poniżej 100 cm zaledwie 21 razy – teraz dzieje się to coraz częściej. W Budapeszcie woda była w czwartek tylko 8 centymetrów wyżej niż podczas rekordowej suszy sprzed ośmiu lat. W nielepszej sytuacji jest Rumunia, która ograniczyła pobór wody w rolnictwie i mierzy się z lokalnymi problemami z dostawą wody pitnej dla mieszkańców. Żeby ratować chłodzenie elektrowni jądrowej w Cernavodzie rumuńska armia rozpoczęła bezprecedensową akcję wysadzania podwodnych skał. Zmiana biegu Dunaju ma zwiększyć dopływ wody do chłodzenia.
Ren notuje w tym samym tygodniu wyniki gorsze niż podczas suszy 2018 roku, która wtedy kosztowała niemiecki przemysł 1,5 proc. produkcji i 0,4 proc. PKB. W Kaub pod koniec lipca wodowskaz spadł do zaledwie 29 centymetrów. W Kolonii przejściowo zanotowano 66 cm – historyczne minimum dla tej stacji. Thyssenkrupp Steel ograniczył produkcję i zawiesił własną flotę barek. Żeby nadążyć za tempem, w jakim wysycha jedna z największych rzek w Europie, Niemcy uruchomiły system NIWIS do monitorowania niskich stanów wód.
W Polsce Wisła w Warszawie spadła w tym sezonie do 15 centymetrów na stacji Bulwary – to najniższy poziom w historii pomiarów, poniżej rekordu z 2015 roku. Susza objęła w pewnym momencie 14 województw, IMGW wydał kilkadziesiąt ostrzeżeń, a hydrolodzy mówią wprost, że o tej porze roku sytuacja nigdy nie wyglądała tak źle. Elektrownie na Wiśle, czyli Połaniec i Kozienice, ograniczają pracę, a PSE sięgają po specjalny instrument wsparcia bieżących dostaw.
Europejska energetyka miała z tym problemy już wcześniej. W 2003 roku, podczas fali upałów Francja musiała ograniczać moc kilkunastu bloków jądrowych nad Loarą i Rodanem – z tego samego powodu co dziś Węgry: temperatura wody zrzucanej do rzeki nie mogła przekroczyć limitów środowiskowych. W 2018 roku Ren osiągnął wtedy najniższy stan od dekad i sparaliżował transport paliw w całych Niemczech. Różnica między 2018 a 2026 rokiem jest taka, że dziś rekordy ustanowione osiem lat temu padają jednocześnie na kilku rzekach: Dunaju, Renie, Wiśle, a wcześniej także na Odrze, Loarze i Po. Problem przestaje więc być regionalny, tylko systemowy.
Polska nie ma elektrowni jądrowej, więc nie grozi jej scenariusz z Paksu wprost. Ale krajowy miks energetyczny wciąż w dużej mierze opiera się na węglu, a elektrownie węglowe też chłodzą się wodą z rzek – Wisły, Odry, Narwi. Niski stan Wisły dotyka więc energetykę pośrednio: ogranicza możliwość poboru wody chłodzącej i utrudnia transport węgla barkami, choć transport rzeczny w Polsce od lat odgrywa marginalną rolę w porównaniu z Niemcami. Spółki energetyczne deklarują, że na razie susza nie zagraża ciągłości dostaw, i inwestują w zbiorniki retencyjne oraz magazyny energii, jak choćby oddany niedawno przez EDF Power Solutions duży magazyn baterii. Rośnie też udział źródeł odnawialnych – w połowie 2025 roku po raz pierwszy więcej prądu w Polsce pochodziło z OZE niż z węgla w jednym miesiącu.
To akurat działa na korzyść bezpieczeństwa dostaw w takich sytuacjach jak ta węgierska. Panel fotowoltaiczny nie potrzebuje wody do chłodzenia.
W debacie publicznej to pojęcie kojarzy się głównie z dostawami gazu i ropy, z Rosją, z rurociągami. Tydzień taki jak obecny pokazuje, że to definicja niepełna. Bezpieczeństwo energetyczne oznacza zdolność systemu do dostarczania energii w każdych warunkach – także wtedy, gdy zawodzi nie polityka ani rynek, tylko fizyka: temperatura wody w rzece, poziom opadów, pokrywa śnieżna w Alpach.
Przeczytaj też: Ruszył największy (na razie) magazyn energii w Polsce
Węgrzy sytuacją w elektrowni Paks płacą swoją cenę za skutki zmian klimatu. System uznawany za stabilny i przewidywalny okazał się kruchy w punkcie, o którym rzadko się myśli. Kraje, które dywersyfikują źródła energii – łącząc węgiel, gaz, atom, wiatr i słońce – mają w takich momentach więcej możliwości manewru niż te, które postawiły wszystko na jedną technologię, nawet jeśli ta technologia była do niedawna symbolem bezpieczeństwa.