
Pożary zmuszają do ewakuacji w Hiszpanii, w Iranie termometry biją rekordy, a sekretarz ONZ do spraw klimatu mówi, że to alarm brzmiący ze wszystkich stron świata. W Polsce chwilowo chłodniej – ale to złudny spokój przed kolejną falą gorąca
Świat płonie nierówno, ale płonie wszędzie. Z perspektywy Polski może nie być to odczuwalne tu i teraz, jednak na katastrofę klimatyczną trzeba patrzeć nie lokalnie, tylko przez pryzmat globalny. Tymczasem w Hiszpanii i Portugalii ewakuowano tysiące ludzi z terenów objętych pożarami, a temperatury niejeden raz przekroczyły 40 stopni. We Francji ogień strawił kolejne hektary lasów i winnic. W Iranie i Zatoce Perskiej odnotowano w tym sezonie temperatury przekraczające 50 stopni Celsjusza. W Azji, szczególnie w Indiach i Pakistanie fala upałów z kwietnia i maja pozostawiła po sobie setki ofiar śmiertelnych i sparaliżowane rolnictwo. W Ameryce Południowej i Środkowej susze niszczą uprawy, na których żyją miliony ludzi.
Przeczytaj też: Śmiercionośna fala upałów w Europie
W związku z falą ekstremalnych upałów i pożarami w Europie, Afryce Północnej i Azji skretarz wykonawczy ONZ ds. klimatu Simon Stiell opublikował pilne oświadczenie prasowe, w którym zwrócił uwagę, że alarm klimatyczny dociera ze wszystkich stron jednocześnie. Wskazał na ponad ćwierć miliona hektarów lasów spalonych w Europie od początku roku i na raport europejskiej agendy Copernicus, według którego miniony czerwiec był dla zachodniej części Starego Kontynentu najgorętszym w historii pomiarów.
W Green-news.pl pisaliśmy już wcześniej, że jedna wygrana bitwa nie kończy wojny o klimat – spowolnienie tempa ocieplenia w jednym roku nie unieważnia trendu rozciągniętego na dekady. Tegoroczne lato dokładnie się w ten trend wpisuje. Morze Śródziemne notuje rekordowe temperatury wody, ośmiornice i kalmary przesuwają się w głąb mórz w poszukiwaniu chłodu. Naukowcy z Europejskiej Agencji Środowiska ostrzegali już kilka lat temu, że fale upałów są dla mieszkańców Europy największym bezpośrednim zagrożeniem klimatycznym – większym niż powodzie czy pożary.
W Polsce apokalipsy za oknem nie widać. Mamy naprzemienne fronty, chłodniejsze dni, deszcze przerywające upały. To może dawać złudne poczucie bezpieczeństwa. Jednak ten sam lipiec przyniósł rekord 40,5 stopnia w Słubicach, a synoptycy zapowiadają kolejną falę gorąca. Tym razem na termometrach może pojawić się do 40 stopni na południu i wschodzie kraju. Równolegle trwa susza hydrologiczna, która objęła już blisko połowę kraju – IMGW wydał 61 aktywnych ostrzeżeń, a długoterminowe prognozy nie wróżą poprawy: zarówno lipiec, jak i sierpień mają przynieść mniej opadów niż zwykle, a sierpień dodatkowo będzie cieplejszy, co przyspieszy parowanie wody z gleby. Rolnicy mówią wprost o suszy rolniczej, a rzeki – jak Wisła czy Odra – notują stany bliskie rekordowo niskim. To, że „nasza” fala wysokich temperatur nie pojawia się w zachodnich mediach, nie oznacza, że jej nie ma.
Przeczytaj też: Pożar w Warszawie z udziałem aut elektrycznych?
Zmiany klimatu nie dotykają krajów świata sprawiedliwie ani proporcjonalnie do ich winy. Państwa, które najmniej przyczyniły się do kryzysu, płacą często najwyższą cenę. Dlatego rządy – również ten w Warszawie – muszą traktować adaptację do upałów, ochronę osób starszych i inwestycje w zieleń miejską jako część bieżącej polityki, nie odległy punkt na horyzoncie 2050 roku. Czas, który zostaje na spokojne decyzje, kurczy się szybciej, niż ktokolwiek zakładał jeszcze kilka lat temu.