
Wchodzimy w fazę realnych decyzji o infrastrukturze cyfrowej. Centra danych przestają być abstrakcją z raportów i zaczynają konkurować o miejsce, moc i zgodę mieszkańców
Cała gospodarka cyfrowa ma swój ślad węglowy i środowiskowy. Jest on znacznie większy, niż większość z nas mogłaby intuicyjnie zakładać. Pisaliśmy już w green-news.pl o tym, że samo kopanie bitcoinów odpowiada za emisję zbliżoną do całych państw, a każda transakcja na rynku kryptowalut generuje emisję tysiące razy większą niż np. zwykła płatność kartą.
Przeczytaj też: Nowy gracz na rynku magazynów energii. Ma szwedzkie korzenie
Kryptowaluty to jednak tylko jeden, szczególnie jaskrawy przykład szerszego zjawiska: każde zapytanie do modelu AI (np. chatGPT), każdy film i serial oglądany na platformach streamingowych, każda transakcja bankowa mają swój fizyczny odpowiednik – serwery zamknięte w klimatyzowanych halach, pobierające energię przez całą dobę, 365 dni w roku. Te hale to centra danych. Polska musi wybudować ich znacznie więcej niż dotychczas. To jedno z wyzwań współczesnego świata, które sprawia, że technologiczni giganci typu Microsoft czy Google nieustannie poszukują nowych źródeł energii.
Dla żadnego z krajów Europy, w tym dla Polski, nie jest to odległa perspektywa. Pisaliśmy już o skali wyzwania – między innymi w kontekście planowanego na Pomorzu kampusu Baltic Data Center Campus w gminie Choczewo, który ma docelowo osiągnąć moc 3,2 GW i być jednym z elementów rozwijającej się w tym regionie infrastruktury, w tym morskich farm wiatrowych oraz przyszłej elektrowni jądrowej. Data center planowane w tamtym regionie to tylko jedna z inwestycji, które mogą zmienić rachunek energetyczny kraju.
PSE szacują w swoich prognozach, że centra danych w Polsce będą potrzebować do 2040 roku nawet 29 TWh energii rocznie – oznacza to kilkunastokrotny wzrost w porównaniu do obecnych niespełna 2 TWh.
W Polsce jesteśmy obecnie na etapie przechodzenia od słów, tabel i prezentacji do konkretnych działań – realizacja zapowiadanych projektów wymaga pozyskania lokalizacji, mocy przyłączeniowych i realnych decyzji do tego, czyj krajobraz i czyja sieć energetyczna zostaną obciążone. Dotyczy to między innymi planowanych centrów danych w Regułach i Kajetanach pod Warszawą czy w Bielsku-Białej. Medialne spory, jakie narastają wokół tych projektów, to pierwszy sygnał, że Polska nie wypracowała jeszcze odpowiedzi na te pytania. I że brak tej odpowiedzi może budzić konkretne obawy – odnośnie wpływu na mieszkańców, sieć elektroenergetyczną i klimat.
W „Planie Rozwoju na lata 2025–2034" Polskie Sieci Elektroenergetyczne założyły, że na koniec tego okresu centra danych będą dysponować łączną mocą 1063 MW, a ich zużycie energii osiągnie 9,3 TWh rocznie – więcej niż prognozowane łączne zapotrzebowanie pomp ciepła i elektromobilności razem wziętych. To jednak może być dolna granica. Nowszy „Plan Rozwoju Sieci Przesyłowej na lata 2027–2036" zakłada, że zapotrzebowanie centrów na energię elektryczną wzrośnie do około 17–18 TWh rocznie w połowie lat trzydziestych. Oznaczałoby to niemal dziesięciokrotny wzrost w ciągu dekady, a prognozowana moc przyłączeniowa osiągnęłaby poziom około 3 GW w 2036 roku.
Skala złożonych wniosków przyłączeniowych wskazuje, że rzeczywisty apetyt rynku jest jeszcze większy. Do wiosny 2025 roku PSE wydały warunki przyłączeniowe dla centrów o łącznej mocy ponad 1 GW, podczas gdy na rozpatrzenie czekały wnioski dla obiektów o łącznej mocy około 13 GW – kilkanaście razy więcej niż prognozowany rozmiar tego rynku w Polsce. PSE otrzymują wnioski dla pojedynczych obiektów o mocach rzędu 500, 800, czy 1000 MW. Dla porównania, szczytowe zapotrzebowanie całej Warszawy wynosi około 2,5 GW. Trzeba oczywiście pamiętać, że część z tych projektów ma charakter spekulacyjny i nie przełoży się na realne inwestycje, jednak skala zainteresowania jest rekordowa.
Naszą pozycję na rynku centrów danych pokazuje perspektywa europejska. Polska, jako szósta gospodarka UE, dysponuje dziś zaledwie 2 proc. całkowitej mocy obliczeniowej Europy. Obecne prognozy zakładają, że do 2035 roku europejskie moce data center wzrosną nawet do 40 GW – napędzane głównie przez zapotrzebowanie na infrastrukturę obliczeniową dla sztucznej inteligencji. Polska, jeżeli nie zbuduje własnych zdolności, będzie uzależniać się od infrastruktury i emisji zlokalizowanych za granicą – bez wpływu na to, skąd pochodzi zasilająca je energia.
Energochłonność sektora to fakt, ale nie wyrok. Polska energetyka zawodowa wciąż w około połowie opiera się na węglu, co sprawia, że część największych inwestycji data center trafia do Skandynawii i na Półwysep Iberyjski, gdzie miks energetyczny jest często mniej emisyjny i w coraz większym stopniu oparty na OZE. W takim układzie relokacja inwestycji może w części przypadków prowadzić do redukcji globalnego śladu węglowego sektora, choć równocześnie oznacza utratę korzyści gospodarczych po stronie krajów, które nie przyciągną tych projektów.
Zmiana jest jednak możliwa. Według założeń Ministerstwa Klimatu i Środowiska emisja polskiej energetyki zawodowej ma się obniżyć o 50 proc. do 2030 roku względem poziomu z 2023 roku, co zbliży nas do standardu rynku niemieckiego. Jednocześnie polski klimat – z jedną z najniższych średnich temperatur rocznych w Europie poza Skandynawią – naturalnie obniża koszty chłodzenia centrów, które w cyklu życia obiektu wielokrotnie przewyższają koszty budowy To atut strukturalny, który znika wraz z ociepleniem klimatu, co nadaje tej debacie dodatkowy wymiar czasowy.
Są też możliwości, które wciąż pozostają niedoceniane. Centra danych produkują ogromne ilości ciepła odpadowego – ciepła, które w krajach takich jak Finlandia czy Dania jest już dziś odzyskiwane i wtłaczane do miejskich sieci ciepłowniczych. W Polsce ta synergia pozostaje niemal niewykorzystana, mimo że mogłaby obniżać zarówno emisje centrów, jak i koszty ogrzewania dla mieszkańców.
Lokalizowanie centrów danych w Warszawie i okolicach to nie przypadek. Stoen Operator zawarł w połowie 2024 roku umowy przyłączeniowe na potrzeby centrów danych w aglomeracji warszawskiej na ponad 300 MW i rozpatrywał wnioski na kolejne 700 MW. Warszawa skupia dziś 70–80 proc. wszystkich polskich mocy data center, a w ciągu dekady serwery zlokalizowane w stołecznej aglomeracji mogą odpowiadać za jedną trzecią poboru energii przez całe miasto.
Im bliżej użytkowników zlokalizowane są centra danych, tym niższe opóźnienia i lepsza jakość usług w zastosowaniach online, szczególnie w przypadku aplikacji czasu rzeczywistego. Stąd presja lokalizacyjna na tereny podmiejskie, w tym te sąsiadujące z zabudową mieszkaniową. Jest ona efektem koncentracji infrastruktury wokół aglomeracji, a nie rezultatem złej woli inwestorów. Stąd projekty w Regułach w gminie Michałowice, Kajetanach w gminie Nadarzyn czy Jawczycach w gminie Ożarów Mazowiecki.
W tym ostatnim przypadku trudno znaleźć informacje o protestach. Za to projekty w Kajetanach i Regułach nie doczekały się dotychczas dobrej prasy – choć ten drugi zdaje się przechodzić ewolucję. Inwestor twierdzi, że zmniejszył gabaryty budynków i przesunął je w głąb działki, odsuwając się od budynków mieszkalnych. Obiekty data center mają wyglądać jak biurowce, a nie blaszane hale za drutem kolczastym. Wiadomo też, że projekt zakłada system chłodzenia oparty na obiegu zamkniętym, z procesami adiabatycznymi wyłącznie w szczytowych temperaturach. Hałas związany z klimatyzacją ma spełniać normy i nie być uciążliwy dla okolicznych mieszkańców.
Oddziaływania tej klasy infrastruktury nie są obojętne dla otoczenia, można je jednak kontrolować i weryfikować – pod warunkiem, że istnieje do tego odpowiednia wola i mechanizmy.
Lokalne spory ujawniają problemy, na które trzeba odpowiedzieć na poziomie krajowym. Po pierwsze, mamy deficyt planowania przestrzennego dla infrastruktury cyfrowej. Polska nie dysponuje polityką lokalizacyjną dla dużych centrów danych. Brakuje wskazówek, które tereny powinny być priorytetowo przygotowywane pod tego rodzaju inwestycje. W efekcie każdy projekt rozstrzyga się w trybie lokalnym, czasami w konflikcie z mieszkańcami, którzy dowiadują się o planach na etapie, gdy jest już za późno na konstruktywne współkształtowanie inwestycji.
Po drugie: geograficzna koncentracja obciążeń. Wiele miast regionalnych dostrzega szansę w rozwoju centrów danych, traktując je jako alternatywne zagospodarowanie terenów – m.in. poprzemysłowych – jak w Bielsku-Białej, gdzie data center ma powstać w miejscu działającego przez kilka dziesięcioleci zakładu Fiata. Kluczowym czynnikiem przyciągającym inwestorów pozostaje jednak dostępność wysokiej mocy przyłączeniowej. Bez aktywnej polityki lokalizacyjnej i przyspieszenia rozbudowy sieci poza Warszawą, presja na stolicę i jej bezpośrednie otoczenie będzie narastać – koncentrując zarówno korzyści gospodarcze, jak i środowiskowe obciążenia w jednym miejscu.
Po trzecie: deficyt mocy energetycznej jako bariera i ryzyko. Brak nowych mocy przyłączeniowych – podobnie jak w Irlandii, gdzie praktycznie zatrzymano przyłączenia nowych data centers – to realne ryzyko dla Polski. Jednocześnie stabilny, przewidywalny profil zużycia energii przez centra danych i możliwość współpracy z siecią dzięki własnym systemom zasilania rezerwowego mogą wręcz stabilizować sieć elektroenergetyczną. To argument, który powinien znaleźć się w centrum debaty regulacyjnej.
Coraz wyraźniej widać, że centra danych nie są wyborem, tylko elementem niezbędnej gospodarczo infrastruktury krytycznej – tak samo jak drogi, rurociągi czy linie wysokiego napięcia. Pytanie otwarte brzmi: czy Polska będzie budować tę infrastrukturę świadomie, z wyprzedzeniem i z myślą o kosztach środowiskowych, czy reaktywnie – rozwiązując kolejne konflikty lokalne po fakcie i bez wpływu na to, skąd pochodzi zasilająca je energia.
Być może prowadzone aktualnie inwestycje pokażą, że przy odpowiednim zarządzaniu procesem możliwe jest znalezienie rozwiązania akceptowalnego zarówno dla inwestorów, jak i dla strony społecznej. Jednak bez systemowych narzędzi planistycznych podobne konflikty będą się mnożyć – a wraz z nimi presja na podejmowanie decyzji lokalnie i pod przymusem, zamiast strategicznie i z namysłem.
Przeczytaj też: Miliony złotych na zielone ciepło z Żerania
Uwzględnienie potrzeb sektora data center w planie PSE oznacza przejście od deklaratywnego myślenia o transformacji cyfrowej do jej realnego uwzględnienia w planowaniu sieci. Analogiczny krok czeka planowanie przestrzenne i politykę energetyczno-klimatyczną. Im szybciej samorządy i rząd wypracują wspólne ramy – określające nie tylko gdzie i ile, ale też z jakiej energii i z jakim odzyskiem ciepła – tym mniej kosztowne społecznie i środowiskowo będą decyzje o polskiej infrastrukturze cyfrowej kolejnej dekady.