Partnerzy strategiczni
Orlen
Protest, który podzielił: co zostawiło po sobie Ostatnie Pokolenie?

Ruch Ostatnie Pokolenie ogłasza sukces i kończy działalność w Polsce, ale jego bilans pozostaje niejednoznaczny. Między wpływem na debatę publiczną a wysokimi kosztami społecznymi i prawnymi pojawia się pytanie: czy radykalne formy protestu rzeczywiście przybliżyły zmianę?

Chyba można ten wątek skwitować następująco: chcieli dobrze, wyszło jak zwykle. Ostatnie Pokolenie, kończy działalność w Polsce. Na stronie ruchu czytam: „odnieśliśmy sukces”. Czy faktycznie?

Przypomnę, że Ostatnie Pokolenie to ruch aktywistyczny, który – jak sam deklaruje – „buduje silny, ponadpolityczny i masowy ruch” oraz chce „wspólnie wywalczyć lepszy świat” w obliczu postępującego kryzysu klimatycznego. Jednocześnie przedstawia się jako „alternatywa dla świata elit”, podkreślając potrzebę „sprawiedliwej transformacji klimatycznej” i większej solidarności społecznej.

Przeczytaj też: Ciepło bez granic. Wspólny projekt Polski i Niemiec

W tej historii trudno mówić o jednoznacznym zwycięstwie. Owszem, postulaty aktywistów klimatycznych zaczynają przenikać do polityki publicznej. Jednak pamiętajmy, że są one częściowo zbieżne z polityką unijną, a Polska jest w pewnym stopniu jej beneficjentem. Jeśli faktycznie mamy patrzeć na działalność aktywistek i aktywistów w kategoriach zysków, to musimy też popatrzeć na koszty. A te bardzo rzetelnie wyliczono w postaci kar i grzywien, które będą płacić konkretne osoby – często bardzo młode.

Blokowanie ulic, przyklejanie się do asfaltu czy zakłócanie codziennego funkcjonowania innych stało się narzędziem nacisku, które miało zwrócić uwagę na kryzys klimatyczny. W jakimś stopniu zwróciło. Problem w tym, że dla wielu obywateli było to przede wszystkim doświadczenie frustracji, złości, było kupione chaosem i nerwami. Państwo zareagowało w sposób przewidywalny: nie debatą o granicach protestu, lecz mandatami, wnioskami do sądów i – w skrajnych przypadkach – karami sięgającymi dziesiątek czy setek tysięcy złotych.

Przeczytaj też: Rząd szykuje się na poważne konsekwencje zmian klimatu

Polska od lat ma dość twarde podejście do obywatelskiego sprzeciwu, zwłaszcza gdy przyjmuje on formę działań bezpośrednich. Choć w debacie publicznej często mówi się o „nieposłuszeństwie obywatelskim”, w praktyce nie jest to żadna kategoria prawna. Sądy nie rozpatrują takich spraw w kategoriach moralnego sprzeciwu wobec systemu, tylko konkretnych naruszeń przepisów – zakłócania porządku, utrudniania ruchu czy wtargnięcia na teren. Nawet jeśli w uzasadnieniach pojawia się zrozumienie dla motywacji klimatycznych, nie przekłada się to na łagodniejsze traktowanie. W tym sensie Polska pozostaje krajem, w którym forma protestu bywa ważniejsza niż jego przyczyna.

Przeczytaj też: Bezpieczeństwo wodne staje się coraz większym problemem

To rodzi szersze pytanie: gdzie przebiega granica między skutecznym naciskiem społecznym a działaniem, które traci społeczne poparcie? Historia ruchów obywatelskich pokazuje, że radykalne metody potrafią przyspieszyć zmianę – ale równie często prowadzą do izolacji i ostrych reakcji państwa. Tam gdzie emocje biorą górę, cieżko o dialog. Dzisiejsi aktywiści klimatyczni w Polsce znaleźli się dokładnie w tym punkcie napięcia. Z jednej strony mają poczucie realnego wpływu, czasem jest to też działanie podkoloryzowane PR-owo, a z drugiej – mierzą się z konsekwencjami prawnymi. Niektórzy mogą ponieść dotkliwe konsekwencje, które mogą ich na lata wykluczyć z normalnego życia i pozbawić praw obywatelskich.

Zdj. mat. prasowe Ostatnie Pokolenie

Nasza strona używa plików cookies. Więcej informacji znajdziesz na stronie polityka cookies