Uczelnia buduje nowoczesny statek badawczy, który ma wzmocnić polską naukę i przemysł offshore. W tle pojawia się jednak większy temat – przyszłość eksploatacji dna morskiego i globalne spory o surowce
Polska inwestuje w powrót na światowe oceany. Nowy statek szkolno-badawczy dla Politechniki Morskiej w Szczecinie powstanie w ramach rządowego programu na lata 2025–2029. Jednostka ma służyć zarówno kształceniu kadr, jak i zaawansowanym badaniom – od oceanografii, przez geologię morza, po technologie offshore. To odpowiedź na realny problem: obecna flota badawcza jest przestarzała i ogranicza możliwości prowadzenia badań na dużych głębokościach. Nowy statek ma to zmienić i włączyć Polskę do grona państw aktywnie badających oceany. Co ciekawe pokładane w nim spore nadzieje na budowanie przewagi gospodarczej. Polska, jak wiele innych krajów, „ostrzy sobie zęby” na wydobycie pierwiastków ziem rzadkich z dna morskiego.

Oczywiście bazowe funkcje to przede wszystkim monitoring zmian klimatu – temperatury wód, zakwaszenia oceanów czy topnienia lodowców, ale też testowanie nowych technologii morskich i wsparcie dla sektora offshore, w tym morskiej energetyki wiatrowej. Jednostka ma być też mobilnym laboratorium dla naukowców z różnych ośrodków i platformą współpracy międzynarodowej. Co ważne, pozwoli ograniczyć kosztowne czarterowanie zagranicznych statków badawczych i zatrzymać w kraju zarówno pieniądze, jak i wyniki badań.
Przeczytaj też: Miasta jak kopalnie, czas na urban mining
W tle tej inwestycji pojawia się jednak temat bardziej złożony – eksploracja dna morskiego i potencjalne górnictwo oceaniczne. Polska już dziś ma prawa do badań w rejonie Pacyfiku (strefa Clarion–Clipperton) oraz Atlantyku, gdzie mogą znajdować się złoża metali krytycznych takich jak nikiel, mangan, kobalt czy miedź. Pokładane są też nadzieje na pozyskanie niektórych pierwiastków ziem rzadkich. Nowy statek ma umożliwić przede wszystkim badania i lepsze wykorzystanie tych uprawnień. Problem w tym, że choć eksploracja postępuje, realne wydobycie to wciąż perspektywa raczej dekad niż lat. Technologia jest kosztowna, ryzykowna i wciąż niedojrzała.
Do tego dochodzą rosnące kontrowersje. Organizacje ekologiczne alarmują, że wydobycie z dna oceanów może nieodwracalnie zniszczyć słabo poznane ekosystemy głębinowe. Wiele krajów i instytucji apeluje o moratorium na takie działania do czasu lepszego poznania ich skutków. Nawet w Europie temat budzi sprzeciw – szczególnie w Norwegii, która formalnie otworzyła możliwość eksploracji dna morskiego, ale spotkała się z silną krytyką naukowców, części społeczeństwa i partnerów politycznych. Argumenty są podobne: brak wiedzy o konsekwencjach środowiskowych i ryzyko powtórzenia błędów znanych z eksploatacji surowców na lądzie.
Przeczytaj też: Samochód elektryczny to nie ideologia
Dlatego dziś kierunek jest jasny: więcej badań, mniej deklaracji o szybkim wydobyciu. Nowy statek Politechniki Morskiej wpisuje się w ten etap – budowania kompetencji, zbierania danych i przygotowania kadr. To inwestycja w wiedzę i potencjał, który może w przyszłości przełożyć się na bezpieczeństwo surowcowe. Ale też element większej układanki, w której ścierają się interesy gospodarcze, technologiczne i środowiskowe.
Wiele osób myli metale ziem rzadkich z pierwiastkami krytycznymi. Te drugie są niezbędne do produkcji baterii. W bateriach nie ma pierwiastków ziem rzadkich. Znajdziemy je w niektórych silnikach elektrycznych. Przybywa producentów, którzy deklarują odchodzenie od technologii, w których trzeba sięgać po neodym – metal ziem rzadkich. Tu ciekawostka – ten sam pierwiastek jest stosowany do produkcji turbin wiatrowych. Trzeba oddać, że są one powszechnie wykorzystywane w elektronice użytkowej. Mamy je w telefonach, tabletach. W motoryzacji znajdziemy je m.in. w głośnikach, ekranach i wspomnianych już silnikach elektrycznych. Trzeba jednak pamiętać, że jest już grupa producentów e-aut, która chce od tej technologii się uwolnić. Są to m.in. BMW, Jaguar Land Rover czy grupa Renault.
Nazwa grupy pierwiastków „ziem rzadkich” jest dziś nieco myląca, wywodzi się z XVII wieku, kiedy to faktycznie były rzadkie – zwyczajnie wcześniej nie były znane. Dziś ta nazwa wzmaga zainteresowanie, czasem całkiem niepotrzebnie, jako coś wyjątkowego, drogocennego. Prawda jest taka, że pierwiastki te występują w skorupie ziemskiej dość obficie. Przez to, że są w niewielkich stężeniach i przemieszane, oddzielanie ich od siebie jest sporym wyzwaniem. Jest to czasochłonne, kosztowne i szkodliwe dla środowiska. Kraje niechętnie godzą się na ich rafinację głównie ze względów na ten ostatni aspekt. Żeby to zobrazować: wydobywana celowo masa zawiera 2 do 5 proc. porządnych metali ziem rzadkich, a reszta to zbędny balast. Czasem trzeba wydobyć tysiące ton materiału, po to aby pozyskać stosunkowo niewiele właściwej substancji.
Fot. mat. prasowe PM, na zdjęciu: Sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury Arkadiusz Marchewka, Rektor Politechniki Morskiej w Szczecinie Wojciech Ślączka i Marszałek województwa zachodniopomorskiego Olgierd Geblewicz; wizualizacja nowego statku szkolno-badawczego Politechniki Morskiej w Szczecinie