
Polska zablokowała unijny projekt obowiązkowych limitów aut zeroemisyjnych we flotach firmowych. Problem w tym, że bez nacisku rynek sam nie przyspieszy transformacji, a Polska może ponownie zostać technologicznie z tyłu
„Jesteśmy za zachętami, nie za przymusem” – napisał minister infrastruktury Dariusz Klimczak po zablokowaniu przez Polskę i grupę państw projektu obowiązkowego udziału samochodów zeroemisyjnych we flotach firmowych. Komunikat został przedstawiony jako sukces rozsądku i obrona przedsiębiorców przed unijnym przymusem. Problem w tym, że polityka transportowa nie dzieje się w próżni, a rynek sam z siebie bardzo rzadko wykonuje gwałtowne cywilizacyjne zwroty. Wydaje się, że formuła motoryzacji spalinowej się wyczerpała. Zależność od dostaw paliw gospodarkom europejskim nie służy.
➡️ Podczas posiedzenia Rady UE ds. Transportu w Luksemburgu zbudowaliśmy grupę państw, która zablokowała tzw. zazielenianie flot.
— Dariusz Klimczak (@DariuszKlimczak) June 9, 2026
🚙To ważny sukces Polski 🇵🇱 i jasny sygnał: zielona transformacja musi być rozsądna i oparta na realiach rynku - a nie na odgórnych nakazach.
Nie… pic.twitter.com/X8f1x73GfK
Przeczytaj też: Samochód elektryczny zasili dom przez tydzień
Bo jeśli nie będzie nacisku, to nie będzie też zmiany. Europa właśnie pompuje gigantyczne środki w rozwój produkcji baterii, budowę infrastruktury i cały ekosystem elektromobilności. Robi to nie dlatego, że elektryki są chwilową modą, tylko dlatego, że stawką jest bezpieczeństwo gospodarcze i energetyczne kontynentu. Trudno jednocześnie mówić o „realiach rynku” i ignorować fakt, że rynek paliw kopalnych od dekad jest uzależniony od geopolityki, autorytarnych reżimów i niekończących się kryzysów surowcowych. Czy naprawdę lepszym rozwiązaniem jest dalsze pompowanie pieniędzy w ropę i gaz, a przy okazji dalsze napędzanie gospodarek państw, które z europejskimi wartościami mają niewiele wspólnego?
Przeczytaj też: Ukraina kupuje elektryki w czasie wojny
W polskich warunkach floty firmowe są zresztą najbardziej naturalnym narzędziem wymiany całego parku samochodowego. To właśnie auta poleasingowe przez lata zasilały rynek wtórny i dawały dostęp do nowszych technologii zwykłym kierowcom. Tak samo będzie z elektrykami. Jeśli firmy nie zaczną ich kupować dziś, za kilka lat nie będzie czego odkupić jako używane samochody. Już teraz rynek używanych EV w Europie jest błyskawicznie drenowany, między innymi przez nabywców z Ukrainy. Polska znowu może zostać na końcu kolejki – ze starym dieslem i opowieścią o obronie przedsiębiorców.
Przeczytaj też: Spór o zielone referendum
Najbardziej rozczarowujące jest jednak coś innego. Zamiast spokojnej rozmowy o kosztach transformacji, korzyściach, ryzykach i koniecznych inwestycjach dostajemy polityczny przekaz oparty głównie na emocjach: „Bruksela zmusza”, „firmy ucierpią”, „Polska się obroniła”. Tymczasem transformacja transportu i tak nadejdzie – pytanie tylko, czy będziemy jej uczestnikiem, czy wyłącznie rynkiem zbytu dla technologii rozwijanych gdzie indziej. Od polityków oczekiwałabym edukacji i uczciwego tłumaczenia zmieniającej się rzeczywistości, a nie kolejnej odsłony wojny o symbole. Transformacja energetyczna trwa, po co nam nadwyżki zielonej energii, jeśli nie między innymi do zasilania flot aut, chyba nie po to żeby rafinować więcej ropy.