
Norweski producent baterii Morrow Batteries ogłosił upadłość po problemach z finansowaniem i nieudanych próbach znalezienia inwestora
Norweska firma Morrow Batteries kończy działalność — i dla wielu to spore zaskoczenie. Informacja pojawiła się na stronie spółki około 16:15. Po kilku miesiącach narastających problemów finansowych firma zdecydowała się na ogłoszenie upadłości, co może mocno odbić się na europejskim rynku baterii. Jeszcze niedawno była wskazywana jako jeden z ważniejszych elementów planów rozwoju magazynowania energii w Europie, tymczasem nie udało się ani pozyskać nowego kapitału, ani inwestora, który dałby jej oddech. Co istotne — z zewnątrz sytuacja nie wyglądała aż tak źle. W ostatnich tygodniach spółka komunikowała gotowość do produkcji i informowała o nowych współpracach.
Decyzję o złożeniu wniosku o upadłość podjął zarząd. Jak wynika z komunikatu, rozmowy z potencjalnym inwestorem nie zakończyły się sukcesem, a czasu na znalezienie alternatywy po prostu zabrakło. W praktyce oznaczało to jedno: brak środków na dalsze funkcjonowanie.
Przeczytaj też: Morrow ma pierwsze poważne zlecenia
Morrow Batteries powstała w 2020 roku i od początku była traktowana jako jeden z najbardziej obiecujących norweskich startupów bateryjnych. Ambicje były duże — chodziło o produkcję baterii litowo-jonowych, które byłyby jednocześnie bardziej ekologiczne i tańsze, a przy tym mogły konkurować na globalnym rynku. Projekt przyciągnął znaczące finansowanie — zarówno od prywatnych inwestorów, jak i ze środków publicznych. Łącznie mowa o kilku miliardach koron norweskich. Firma była też aktywna międzynarodowo i angażowała się w inicjatywy edukacyjne, licząc na rozwój przyszłych kadr dla sektora zielonej energii.
Mimo solidnego zaplecza finansowego spółka nie poradziła sobie z realiami rynku. Konkurencja w branży baterii w ostatnich latach wyraźnie się zaostrzyła, a koszty budowy i uruchamiania produkcji okazały się wyższe, niż wcześniej zakładano. Największym wyzwaniem był moment przejścia z etapu projektu do produkcji na większą skalę — kosztowny i obarczony dużym ryzykiem. W gruncie rzeczy nie jest to nic wyjątkowego dla tego typu przedsięwzięć.
Przeczytaj też: Znany szwedzki menedżer wraca do Polski
Przedstawiciele firmy przyznają, że problemy narastały stopniowo, a ostatnie miesiące tylko przyspieszyły rozwój wydarzeń. Do końca próbowano znaleźć rozwiązanie, ale bez powodzenia.
Upadłość oznacza niepewną przyszłość dla około 210 pracowników. Zgodnie z norweskimi przepisami zostaną oni objęci systemem gwarancji wynagrodzeń. Teraz sprawą zajmie się syndyk, który przejmie kontrolę nad majątkiem firmy i zdecyduje o dalszych krokach — czy część działalności da się jeszcze uratować, czy zakończy się to pełną likwidacją.
Co ciekawe, mimo ogłoszenia upadłości zarząd podkreśla, że sama technologia oraz wypracowane rozwiązania nadal mają wartość. Niewykluczone więc, że część projektu znajdzie nowego właściciela i będzie kontynuowana w innej formie.
Przeczytaj też: Northvolt w Polsce przejęty
Sprawa szybko odbiła się echem w norweskich mediach. Pojawiają się głosy krytyczne, zwłaszcza w kontekście publicznych pieniędzy angażowanych w tego typu projekty. Upadłość Morrow Batteries ponownie otwiera dyskusję o tym, jak duże ryzyko wiąże się z finansowaniem przemysłowych inicjatyw w sektorze zielonej energii.
Historia spółki dobrze wpisuje się w szerszy obraz europejskiego rynku baterii. Branża mierzy się dziś z dużą presją konkurencyjną — szczególnie ze strony producentów z Azji — oraz z problemami przy skalowaniu produkcji. To sprawia, że nawet projekty z dużym wsparciem finansowym nie mają gwarancji powodzenia.
Zdj. mat. prasowe Morrow