
Choć Norwegia jest jednym z największych eksporterów ropy i gazu w Europie, kraj utrzymuje relatywnie niewielkie zapasy paliw płynnych. Eksperci ostrzegają, że w razie kryzysu dostaw rezerwy mogą wystarczyć jedynie na około 20 dni. Jednocześnie ponad milion samochodów elektrycznych sprawia, że nawet ograniczenia w dostępie do paliw nie musiałyby zatrzymać państwa
Norwegia jawi się jako jeden z najlepiej przygotowanych krajów Europy pod względem bezpieczeństwa energetycznego. Niemal cała energetyka opiera się o elektrownie wodne, a paliwa teoretycznie nie powinno brakować. Ten zamieszkały przez nieco ponad 5,6 mln ludzi kraj to przecież gigant w kwestii wydobycia ropy. Od marca, czyli momentu wybuchu konfliktu w Zatoce Perskiej, coraz częściej wraca pytanie o jej realną odporność na kryzysy paliwowe. Z doniesień norweskich mediów wynika, że obowiązujące w kraju rezerwy paliw płynnych są stosunkowo niewielkie – i mogą okazać się wąskim gardłem w sytuacji zakłóceń dostaw. Ale czy na pewno?
Przeczytaj też: Elektromobilność uderza w rynek paliw w Norwegii
Według informacji publikowanych m.in. przez Dagens Næringsliv, Norwegia utrzymuje obowiązkowe zapasy paliwa odpowiadające około 20 dniom zużycia. To poziom wyraźnie niższy niż w sąsiednich krajach nordyckich, takich jak Szwecja czy Finlandia. Tam wymagania sięgają około 90 dni. Podobne dane pojawiają się także w relacjach Bergens Tidende oraz depeszach NTB, które wskazują, że temat stał się elementem szerszej debaty politycznej o gotowości kryzysowej państwa. Przypomnę, że w na początku marca br. kiedy to wybuchł kryzys paliwowy – pisałam o tym, że transformacja energetyczna to dziś przede wszystkim matematyka.
Przeczytaj też: Case studie z Norwegii. Tani transport na prąd
Warto przy tym podkreślić, że mowa o poziomie regulacyjnym – czyli minimalnych wymaganych zapasach – a niekoniecznie o dokładnej ilości paliwa fizycznie dostępnej w danym momencie. Mimo to eksperci i politycy traktują ten wskaźnik jako realny miernik odporności systemu. Do tej pory nie musiał być weryfikowany. W praktyce oznacza to, że w przypadku poważnych zakłóceń importu Norwegia mogłaby stosunkowo szybko stanąć przed koniecznością ograniczeń w dystrybucji paliw, w tym ich reglamentacji dla wybranych sektorów.
Jednocześnie obraz sytuacji nie jest tak jednoznacznie alarmujący, jak mogłoby się wydawać. Norwegia to bowiem światowy lider elektromobilności. Według danych branżowych w kraju jeździ już ponad milion samochodów elektrycznych, a wszytskich zarejestrowanych jest nieco ponad trzy miliony. A to znacząco zmniejsza zależność transportu od paliw kopalnych. Oznacza to, że nawet w przypadku ograniczeń w dostępności benzyny czy oleju napędowego, duża część społeczeństwa mogłaby nadal funkcjonować w oparciu o energię elektryczną. Kraj ma silnie rozwiniętą sieć stacji publicznych, różnych mocy. Dostępność punktów wolnego ładowania też jest zadowalająca.
Przeczytaj też: Europa płaci krocie za ropę
Z tego powodu ewentualne niedobory paliw lub ich priorytetowe kierowanie do służb – takich jak wojsko, transport medyczny czy innych służb – nie musiałyby oznaczać całkowitego paraliżu kraju. System transportowy Norwegii jest dziś bardziej zdywersyfikowany niż w większości państw Europy – poza samochdami z wtyczką kraj intensywnie inwestuje w koleje, nie brakuje miast gdzie są tramwaje, promy na prąd. Duży odsetek pojazdów elektrycznych powienien zadziałać jak bufor w sytuacjach kryzysowych. Być może kraj czeka taki właśnie test.
Debata wokół zapasów paliw pokazuje jednak szerszy problem: nawet państwa będące liderami transformacji energetycznej muszą równolegle myśleć o bezpieczeństwie dostaw i odporności na kryzysy. Norwegia, mimo swojej pozycji eksportera ropy i gazu, nie jest tu wyjątkiem.
Zdj. Einar Storsul on Unsplash