
Ten sam hektar może dać rolnikowi plon i prąd. Technologia już działa – problem w tym, że polskie przepisy wciąż traktują ją jak eksperyment
Technologia łącząca produkcję prądu i ciepła z uprawą roli mogłaby przynieść polskim rolnikom istotne oszczędności. Blokuje ją kilka regulacji, które można zmienić niewielkim wysiłkiem.
Na gruntach gospodarstwa Agrofirma Witkowo pod Stargardem, błyszczą się panele fotowoltaiczne. Zainstalowano je na wysokości czterech metrów, pod nimi rosną warzywa, a pomiędzy konstrukcjami przejeżdża traktor - swobodnie, jak po zwykłym polu.
Przeczytaj też: Magazyny energii mają odroczenie
Choć to jedna z największych instalacji agrowoltaicznych (AgroPV) w Europie Środkowej, wciąż jest to jedynie… projekt badawczy. Finansuje je Narodowe Centrum Badań i Rozwoju za blisko 100 milionów złotych.
Przyczyną utknięcia AgroPV w naszym kraju na etapie testowym nie jest bynajmniej jej technologiczna niedojrzałość. Przeciwnie, od lat rozwija się ona prężnie w wielu krajach Europy, USA i Azji. Niedawno ambitnymi planami inwestycyjnymi w tym obszarze podzielił się nawet papież Leon XIV.
Faktycznym winowajcą są polskie przepisy, które utrudniają jej wyjście – na dużą skalę – z laboratorium na komercyjne, nomen omen, pole. Dla rozwoju OZE i elektryfikacji to spora szkoda, bo według szacunków Polska mogłaby maksymalnie zainstalować nawet 119 GW mocy z AgroPV. To ponad czterokrotność całej fotowoltaiki działającej dziś w kraju.
AgroPV to panele słoneczne zamontowane nad uprawami lub między ich rzędami. Rolnik dalej prowadzi gospodarstwo: zbiera borówki, jabłka, warzywa. Jego chłodnie, sortownie i nawadnianie zasila zaś energia z fotowoltaiki. Co ważne, odpowiednia instalacja (najczęściej w układzie wschód-zachód) rozkłada produkcję prądu na cały dzień, ograniczając zależność od sieci.
Różnica wobec wielkich farm solarnych, stawianych przez deweloperów, jest zasadnicza. W ich przypadku ziemia przestaje być polem, tzn. zostaje wyłączona z produkcji żywności. Idea AgroPV polega natomiast na podwójnym wykorzystaniu tego samego gruntu dla wytwarzania zarówno produktów rolnych, jak i energii.
Czechy, kraj o podobnej strukturze produkcji rolnej, wprowadziły pierwszą regulację dotyczącą AgroPV w maju 2024 roku. W tym samym roku Włochy ograniczyły możliwość budowy tradycyjnych farm fotowoltaicznych na gruntach rolnych, a w styczniu 2026 roku wyodrębniły AgroPV jako osobną kategorię prawną, ze ścisłym wymogiem zachowania produkcji rolnej.
Przeczytaj też: Polska przygotowuje się na wielką elektryfikację
Efekt? Dziś ponad połowa wszystkich wniosków o ocenę środowiskową w tym kraju dotyczy projektów AgoPV. Jak wynika z raportu mediolańskiej Politechniki, to już ponad tysiąc aplikacji na łączną moc 46 GW. Niemcy i Francja organizują dedykowane aukcje od lat i mają już setki działających instalacji.
Choć to marne pocieszenie, nie tylko my się zagapiliśmy. Nawet kraj o tak sprawnych instytucjach jak Szwajcaria — z potencjałem AgroPV szacowanym na ponad 300 TWh rocznie, stanowiącym pięciokrotność krajowego zapotrzebowania na prąd – nie ma praktycznie ani jednej komercyjnej instalacji, bo prawo nie nadążyło tam za rosnącym popytem na tę technologię. Różnica polega jednak na tym, że inni już tworzą lub naprawiają swoje przepisy. Polska – pomimo tematu regularnie powracającego w dialogu z zainteresowanymi resortami – jeszcze nie zaczęła ich tworzyć.
Technologia jest względnie dojrzała, a inni ją wdrażają. Teoretycznie też fotowoltaika na gruntach rolnych nie jest w Polsce zakazana. Dlaczego więc rolnicy z niej nie korzystają? Sięgnijmy po prosty przykład.
Sadownik z piętnastoma hektarami zużywa rocznie około 100 tysięcy kWh. Jednak dziś obowiązuje go limit mocy instalacji na gruncie rolnym, 50 kW, który pozwala pokryć mniej niż połowę tego zapotrzebowania. Resztę kupuje z sieci po cenach, które po kryzysie energetycznym z przełomu lat 2021-2022 ustabilizowały się trwale na nowym, wysokim poziomie.
Gdyby limit 50 kW nie istniał, inwestycja zwracałaby się z nawiązką. Wedle niektórych szacunków dla Polski, stopa zwrotu mogłaby przekroczyć 16 proc., nawet przy założeniu, że rolnik zużywa całą energię wyłącznie sam, bez sprzedaży do sieci.
Przeczytaj też: 400 mln zł na biogaz i kogenerację
Dodatkowo, w przypadku jagód, owoców i warzyw owocowych panele mogą zwiększyć plony nawet o kilkanaście procent. Dlaczego? Bo chronią przed suszą, gradem, nadmiernym słońcem, ograniczają parowanie wody z gleby. W erze rosnącej liczby ekstremalnych zjawisk pogodowych wydaje się to szczególnie atrakcyjne.
Niemniej, przy zbożach i kukurydzy spadki sięgać mogą nawet do 20 procent. Dlatego nie chodzi o to, by maksymalizować liczbę montowanych paneli, ale żeby pojawiły się one tam, gdzie to się najbardziej opłaca. Chodzi o stworzenie listy dopuszczonych (i preferowanych) upraw, która oparta będzie o jak najlepszą wiedzę agrotechniczną – tak jak miało to zresztą miejsce w innych krajach.
Warto pamiętać, że ostatecznie chodzi o umożliwienie łatwego korzystania z AgroPV, a nie tworzenie jakiekolwiek obowiązku dla gospodarza. Na końcu jest to oczywiście indywidualna kalkulacja konkretnego rolnika, ale w większości przypadków bilans netto jest pozytywny, tzn. uzyskiwane korzyści pokrywają ewentualne straty w plonach.
Warto dokonać pogłębionych analiz w tym obszarze, bo oszczędności na energii (przy autokonsumpcji) lub dywersyfikacja strumieni dochodów (przy umożliwieniu sprzedaży energii do sieci – choć w polskich warunkach miałoby to sens jedynie przy obowiązkowym uzupełnianiu instalacji o magazyn energii) już teraz zmniejszają podatność gospodarstwa na szoki cenowe i zagrożenia klimatyczne.
Jak przyznało niedawno samo Ministerstwo Klimatu i Środowiska, AgroPV jest w Polsce zakładnikiem rozproszenia kompetencji pomiędzy kilka resortów. Potrzebne zmiany legislacyjne nie są duże, ale wymagane jest skoordynowane i punktowe działanie w kilku różnych obszarach prawa. Co dokładnie stoi na przeszkodzie?
Po pierwsze, wspomniany już limit 50 kW mocy instalacji na gruntach rolnych. Jest on arbitralny i oderwany od realiów, gdyż nowoczesne gospodarstwo towarowe potrzebuje mocy liczonej w setkach kilowatów. Powinien zostać zniesiony dla instalacji na własnym lub dzierżawionym gruncie, przy twardym wymogu kontynuacji produkcji i wykorzystaniu energii przede wszystkim na potrzeby gospodarstwa.
Przeczytaj też: Ścieki schłodzą elektrownie
Po drugie, niepewność statusu gruntu. Brakuje jednoznacznego przepisu gwarantującego, że grunt pod AgroPV zachowuje prawo do dopłat bezpośrednich. Ta niepewność skutecznie odstrasza rolników, nawet tych, którzy chcą i mogą zainwestować. Przykładowo, w Czechach i we Francji prawo wprost adresuje tę kwestię. Monitoring kontynuacji produkcji jest technologicznie banalny: można robić to przecież za pomocą technologii satelitarnych, tak samo jak dziś kontroluje się grunty w ramach Wspólnej Polityki Rolnej.
Po trzecie, brak instrumentu wsparcia. Obecny Program Rozwoju Obszarów Wiejskich finansuje fotowoltaikę wyłącznie na budynkach gospodarskich. Rolnik, który chce postawić panele nad sadem, jest pozbawiony wsparcia dostępnego dla innych form OZE. W nowej perspektywie finansowej na lata 2028-2034 powinien pojawić się więc instrument dedykowany AgroPV, z wymogiem zachowania, przykładowo, minimum 66 procent plonów (wzorem normy technicznej DIN stosowanej w Niemczech). Drugim warunkiem powinien być twardy wymóg statusu aktywnego rolnika u beneficjenta takiego instrumentu.
Dobrze uregulowane AgroPV nie generuje konfliktu o ziemię i nie koliduje z biogazem ani innymi źródłami odnawialnej energii. Pod Stargardem panele już stoją i przynoszą wymierne korzyści dla użytkowników. Żeby z projektu badawczego stały się normalnym narzędziem pracy polskiego rolnika, brakuje jednego kroku: odpowiedniego dopasowania krajowych regulacji do rozwoju innowacyjnej technologii.
Zdj. Andres Siimon on Unsplash